Święta coraz bliżej…

Mamy już ponad połowę grudnia za sobą. W przyszły wtorek będziemy świętowali w gronie rodzinnym wigilię. Zazwyczaj grudzień był dla mnie magicznym czasem oczekiwania na święta. Bardzo lubiłam cudowne, kolorowe oświetlenie miast, piękne choinki przed ratuszem czy w centrach handlowych. W tym roku jakoś nie czuję magii zbliżających się świąt. Może to dlatego, że dekoracje świąteczne pojawiają się w sklepach już na początku listopada? A może dlatego, że produkty, kiedyś zarezerwowane na świąteczny czas, dziś są dostępne przez cały rok? Albo dlatego, że w moim mieście dekoracje świąteczne od lat są coraz mniej atrakcyjne, choć w tym roku wyjątkowo poprawiły się ?.

dzierganie

Dzierganie na drutach i szydełku – sposób na odstresowanie

Dziś wpis zupełnie, albo prawie zupełnie, niezwiązany z copywritingiem. Postanowiłam napisać o tym w jaki sposób wypoczywam i oczyszczam swój umysł. Pisanie tekstów jest wymagającym zajęciem, dlatego, aby pisać dobrze, umysł musi być wypoczęty, a sen nie zawsze wystarcza. Czasami trzeba mieć coś, co pozwala „nie myśleć”. W moim wypadku jest to robienie na drutach lub szydełkowanie.Czytaj dalej

wakacje

Wakacje copywritera

Wakacje to czas, kiedy można pozwolić sobie na nieco więcej. Nie trzeba od rana do wieczora siadać i pilnować kolejnych zleceń, pisać, nawet jak się nie ma na to ochoty a przede wszystkim można zmienić, choć na chwilę, miejsce zamieszkania. Ja w tym roku odpoczywałam wraz z całą rodziną nad morzem. Tam, poza wodami Bałtyku, udało mi się również zobaczyć Dziki Zachód, zrobić chustę na szydełku i dokończyć zabawny kryminał „ Kółko się Pani urwało”. Dziś kilka słów właśnie o tym, że można, a nawet trzeba czasami odpocząć.

Czytaj dalej

Kiepski początek 2019 roku

Ostatnie dni grudnia to czas, kiedy podsumowujemy stary rok. W myślach tworzymy listę rzeczy, które się udały i tych, z których raczej dumni nie jesteśmy. Potem nadchodzą pierwsze dni stycznia i tworzymy listę celów, które chcemy osiągnąć oraz zadań, które musimy wykonać. Po kilku tygodniach przychodzi czas na pierwsze podsumowania i ….

Nie wiem jak u Was, ale u mnie pierwszy miesiąc 2019 roku to totalna porażka. Wydarzyło się już tyle niedobrego, że aż strach myśleć, co dalej. Zaczęło się od pogorszenia mojego stanu zdrowia (zdarza się to od czasu do czasu, ale nigdy nie jest to zbyt przyjemne). Potem pogrzeb w najbliższej rodzinie. I tak mniej więcej raz lub dwa razy w tygodniu nieprzyjemna niespodzianka. Zanim ogarnęłam jeden problem, pojawiał się kolejny. Wszystko to sprawiło, że moje ambitne zawodowe plany poszły w las.

W głowie miałam treść tekstów, które powinny znaleźć się na stronach, które prowadzę, ale niestety artykuły nie powstawały. Nie miałam ochoty na pisanie, publikowanie a nawet wypowiadanie się w grupach, które na co dzień odwiedzam. Niestety stale brakowało mi sił na cokolwiek.

Ale z tym już koniec… przynajmniej mam taką nadzieję 🙂

Rozpoczął się kolejny miesiąc i już mam dość tego zniechęcenia. Trzeba wziąć się w garść i zacząć wypełniać kolejne punkty mojej listy celów i zadań na 2019 roku. Już straciłam cały miesiąc i trzeba go nadrobić – jeśli się jeszcze da.

Ja zabieram się do pracy!

A jak u Was? Jak rozpoczął się Wasz Nowy Rok?

 

rozliczenia i plany

Rozliczenia i plany

Do tego wpisu przygotowywałam się ponad miesiąc. W mojej głowie powstawały różne, alternatywne wersje, ale w każdej było to samo – udało mi się zrealizować swoje noworoczne postanowienie w ponad połowie – choć realizacja niektórych celów znacznie się opóźniła.

Na przełomie 2017 i 2018 roku zrobiłam sobie listę rzeczy, które chciałabym zrobić do końca roku. Niektóre z nich były bardziej wymagające, a inne mniej, ale większość rozciągnięta w czasie. Jak to zwykle bywa, nie zrealizowałam ich w 100%, ale śmiało mogę stwierdzić, że większość punktów na liście można uznać za wykonane.

Część moich postanowień dotyczyła również mojej działalności copywriterskiej. Ponieważ od pewnego czasu pracuję w agencji reklamowej i jestem copywriterem etatowcem,  a moja firma działa tylko jako dodatek, więc wśród moich celów nie znalazło się znalezienie X nowych klientów płacących tysiące złotych za kolejne zlecenia. Tym razem moje cele były raczej ambicjonalne. Choć wykonanie niektórych zadań mocno opóźniło się w czasie to, muszę przyznać, że ogólnie jestem zadowolona z tego, co udało mi się zrealizować.

Blog

Jeszcze w grudniu 2017 roku postanowiłam sobie, że wrócę do prowadzenia bloga firmowego, który powstał wraz ze stroną internetową, czyli ma około 6 lat, a treści w nim było jak na lekarstwo. Zgodnie z moimi wytycznymi grudniowymi miał powstawać i być publikowany 1 wpis miesięcznie.  W sumie prawie się udało. Od stycznia do listopada opuściłam chyba tylko 1 lub 2 wpisy, co było związane z wyjazdami, których nie planowałam. Niestety ostatnie dwa miesiące roku to totalna klapa z mojej strony. Wpisy powstawały, ale tylko w głowie – a to stanowczo za mało.

Jeśli chodzi o bloga to nie planuję zmian. Mam nadzieję, że w Nowym Roku lepiej wykorzystam czas i nie będzie już opóźnień ani braków w pisaniu i publikowaniu. A może wreszcie zmądrzeję i nauczę się tworzyć wpisy na zapas? Niektórzy blogerzy korzystają z takich wybiegów i w razie nagłych zdarzeń nie dają plamy 😉

Fan Page

No cóż na tym polu zupełnie poległam. Wprawdzie prowadzę kilka profili dla klientów, ale mój firmowy Facebook z pewnością nie jest najlepszą reklamą dla mnie.

Nie pozostaje zatem nic innego jak zapisać na mojej liście planów noworocznych poprawienia firmowego Facebooka tak, żeby w za rok nie trzeba było się już go wstydzić.

Grupa na Facebooku

To był kolejny punkt na mojej zeszłorocznej liście rzeczy do wykonania. Chciałam stworzyć grupę i przeprowadzić kilka wyzwań. Muszę przyznać, że się udało. Grupa copywritingu od postaw powstała. Dołączyło do niej ponad 100 osób. W lutym odbyło się pierwsze wyzwanie dotyczące pisania tekstów SEO, natomiast w listopadzie było wyzwanie dotyczące budowy portfolio.  Choć nie wzięło w nich udziału tysiące uczestników, to mam nadzieję, że Ci, którzy wzięli udział nie żałują.

W przyszłym roku chciałabym, aby grupa zaczęła się rozwijać i stała się atrakcyjna dla uczestników. Mam nadzieję, że wspólnie z nimi uda mi się do tego doprowadzić :).

Instagram

To punkt, którego nawet nie ruszyłam. Instagram to nie jest medium dla mnie. Nie lubię zdjęć, stąd też korzystanie z takiej formy promocji raczej nie podbije mojego serca.

W nowym roku nie będę podejmowała żadnych działań na  Instagramie. Chyba, że moje zapatrywania na to medium ulegną zmianie, czego raczej nie przewiduję.

Kurs online

Wprawdzie zgodnie z moją listą planów na 218 rok, kurs powinien być skończony w marcu, ale jakoś nie udało się ;). Za to w październiku wszystko było gotowe, sprawdzone i przede wszystkim przygotowane do sprzedaży. Tym samym kolejny punkt na liście można wykreślić.

W Nowym Roku nie planuję kolejnych kursów, a jeśli jakieś powstaną – no cóż – tylko cieszyć się 😉

 

Wakacje

Ostatnim punktem na mojej liście postanowień z zeszłego roku były prawdziwe wakacje bez komputera i myślenia o pracy. I to się udało.

W 2019 roku chciałabym także móc wyjechać i nie przejmować się zleceniami i mailami od klientów. Każdy potrzebuje czasu na odpoczynek i regenerację.

Kilka rzeczy, które udały się bez planowania 🙂

Ostatni rok obfitował również w niezamierzone wydarzenia. Przede wszystkim dowiedziałam się, że w prosty sposób można wysyłać maile osobom zainteresowanym moim blogiem. Ta tajemna wiedza sprawiła, że przez niemal rok każdy, kto dołączył do blogowej  listy mailingowej otrzymywał ode mnie raz w tygodniu maila z informacją o nowym wpisie na blogu czy ciekawych wydarzeniach.

O tym, że prowadzę serwis dla seniorów Seniorzy24.pl wiedzą wszyscy stali czytelnicy. W 2018 roku udało mi się wprowadzić tam kilka nowych pomysłów. Choć nie wszystkie sprawdziły się lub przetrwały próbę czasu, to jednak pozytywnie wpłynęły na popularność strony.

We wrześniu odkryłam Pinterest i powstało tam konto serwisu Seniorzy24.pl. powoli zdobywa nowych obserwatorów.  To dla mnie bardzo intrygujące medium, a ja lubię intrygujące wyzwania 🙂

Plany dodatkowe na 2019 rok

Poza planami zawodowymi chciałabym jeszcze zrobić kilka chust i szalików – dzierganie stało się ostatnio moją pasją (może kiedyś o tym napiszę).

I to na razie tyle – przynajmniej w zakresie bloga copywritingowego i wolnego czasu 🙂

A jak Wasze rozliczenia i postanowienia? Napiszcie w komentarzach.

 

rękodzieło

Po co kupować, jak można zrobić samemu?

Dzisiejszy wpis jest z nieco innej beczki. Będzie bardziej osobiście i temat też nieco mniej copywritingowy. Chodzi o pewność siebie i umiejętność sprzedaży. Osobiście od zawsze miałam z tym problem, choć w ostatnim czasie coraz lepiej idzie mi zwalczanie tych dwóch wad.

Nic nie wiem, nic nie umiem…

Poczucie braku wiedzy, umiejętności czy doświadczenia w jakiejś kwestii dotyka każdego. Bywa, że powyższe twierdzenie jest w pełni uzasadnione, ale często jest to tylko brak pewności siebie. Choć piszę teksty od wielu lat, a zwroty zdarzają mi się niezwykle rzadko, podobnie zresztą jak uwagi dotyczące błędów czy stylu pisania, to ja, nadal uważam, że do ideału mi jeszcze daleko. Podobnie zresztą jest z wieloma innymi sprawami. Moje zdenerwowanie i nieprzyjemna uwaga skierowana do męża sprawia, że nie jestem super żoną, a zwrócenie uwagi dzieciom, to oznaka porażki wychowawczej. No może trochę przesadzam z tym negatywnym postrzeganiem siebie, ale często właśnie tak to działa. Pewnie wielu z Was ma tę nieprzyjemność odczuwania podobnej niepewności siebie.

Jak mogę sprzedać swoją pracę?

Skoro nie jestem dobrym copywriterem, a moje teksty (moim zdaniem) są średniej jakości, to jak mogę je sprzedawać? Jak mogę zarabiać na czymś, co nie jest idealne? Jak mogę wziąć pieniądze za kurs, skoro nie mam 10 dyplomów za osiągnięcia naukowe? Itd., itd. Takie podejście do sprawy sprzedaży swoich produktów i usług stanowczo nie ułatwia prowadzenia działalności gospodarczej. O czym wiem doskonale z autopsji.

Dlaczego, tego nie sprzedajesz?

A teraz anegdotka – rozmowa, którą odbyłam kilka tygodni temu. Dała mi sporo do myślenia, więc może i Tobie pomoże spojrzeć na świat z innej strony.

Jestem osobą, która stale musi mieć zajęte ręce. Albo coś piszę, albo gotuję, sprzątam, robię zakupy a w wolnym czasie dziergam, układam puzzle lub czytam. Nawet kiedy oglądam film w telewizji w ręku mam jakąś robótkę a na stoliku kolejne klocki do układania. Pewnego dnia pokazałam swoje wyroby znajomej, bardzo jej się spodobały. Zapytała dlaczego tego nie sprzedaję. A ja odpowiedziałam, że przecież nikt tego nie kupi. Kolejne pytanie brzmiało dość przewidywalnie „Dlaczego tak myślisz?”. A ja odpowiedziałam „bo ja bym tego nie kupiła”, „dlaczego?” „Po co wydawać pieniądze na coś, co można zrobić samemu?”. Na koniec usłyszałam „ale przecież nie każdy umie sam coś takiego zrobić.”

A może jednak się mylę?

Przez kilka dni zastanawiałam się nad tym, co podczas tej rozmowy usłyszałam. Może rzeczywiście znalazłby się chętny na dziergane buciki niemowlęce, gwiazdki choinkowe zrobione na szydełku czy koronkowe serwetki? Może warto zaryzykować i spróbować sprzedać swoje rękodzieło? Zobaczymy co będzie dalej, a na razie postanowiłam przestać zastanawiać się nad tym, co robię źle, co jest nie tak, czego mi brakuje. Czas na pisanie i sprzedawanie tekstów. Zarabianie na nich i wszelkich innych moich dziełach. A może nawet zdarzy mi się stworzyć kurs, który zachwyci początkujących copywriterów i pomoże im zacząć zarabiać fortunę na tekstach?

 

To na razie jeszcze mrzonki, ale już wkrótce mam zamiar zamienić je w rzeczywistość. Skoro udało mi się pisać teksty na blogu tak jak sobie zaplanowałam w styczniu, to może postanowienia z września też się uda spełnić. Jak myślicie?

 

Zaufanie czyli Waluta Przyszłości

Zaufanie czyli Waluta Przyszłości – książka, którą świetnie się czyta

Z Michałem Szafrańskim, a raczej z jego blogiem, spotkałam się już kilka lat temu. Przeczytałam wpisy dotyczące oszczędzania i… zrezygnowałam z dalszego odwiedzania jego strony. Kilka lat później kupiłam książką „Zaufanie czyli Waluta Przyszłości” i przeczytałam jednym tchem, choć zupełnie nie spełniała moich oczekiwań. Dlaczego?

Moje pierwsze spotkanie z blogiem „Jak oszczędzać pieniądze?”

Jednym z nielicznych tekstów, które przeczytałam był „107 porad jak oszczędzać, czyli skąd możesz wziąć dodatkowe 200 zł / m-c”. Po przejrzeniu pierwszy kilku propozycji na oszczędzanie tekst mnie zniechęcił, ponieważ zupełnie nie miałam szans na zaoszczędzenie obiecanych 200 zł, choć z pewnością gotówka przydałaby się. W moim wypadku większość zaleceń wykonywałam w zupełnie naturalny sposób, a więc nie było opcji zatrzymania gotówki w domu. Jak bowiem mam zrezygnować z jedzenia na mieście, skoro w przypadku naszej rodziny takie wyjścia to najczęściej świętowanie ważnych dla nas dni np. urodzin dzieci, rocznicy ślubu itp. Pozwalamy sobie na nie sporadycznie i są dla nas świętem. Jak zatem mamy na nich oszczędzać? Podobnie z zakupem napojów gazowanych – ograniczamy je od zawsze do minimum, ponieważ stawiamy na zdrowe odżywianie i najczęściej pijemy wodę z sokami. Nie mogę oszczędzać na ubezpieczeniu auta, bo go nie mam. Podobnie na konsolidacji kredytów, ponieważ staram się nie zaciągać zobowiązań. To tylko kilka przykładów proponowanych „oszczędności”, które nie są dla nas  😉 .

Oczywiście wiele metod oszczędzania sprawdzi się w innych domach i nie przeczę, że warto zaglądać na blog Michała Szafrańskiego, jednak kilka lat temu dla mnie, jego wpisy stanowiły niewielką wartość. Niestety z wielu z nich wychodziło, że oszczędzanie to doskonały sposób na zwiększenie budżetu – ale przede wszystkim osób znacznie bogatszych niż ja. Tym samym zrezygnowałam z czytania i odwiedzania jego bloga.

Polecenia książki „Zaufanie czyli Waluta Przyszłości”

Z natury jestem okropnym uparciuchem i samoukiem. Jednak w ostatnich miesiącach postanowiłam skorzystać z wiedzy innych blogerów. Zaczęłam szukać grup na Facebooku dla przedsiębiorczych kobiet, copywriterów, osób zajmujących się marketingiem w sieci, prowadzących swoje firmy itd. Wśród nich znalazły się Hakerki Sukcesu – jedna z większych grup zrzeszających przedsiębiorcze kobiety, którą założyła i prowadzi Marta Krasnodębska. I właśnie ona w jednym ze swoich live’ów wspomniała o książce Michała Szafrańskiego. Po pewnym czasie o książce przeczytałam również w innych Facebookowych grupach. Właściwie wszystkie opinie o książce były pozytywne. Odniosłam też wrażenie, że podtytuł „Moja droga od zera do 7 milionów z bloga” pozwala sądzić, że to poradnik co zrobić, żeby rozkręcić swojego bloga i stwierdziłam, że być może przyda mi się wiedza w nim zawarta.

Zawiodłam się?

Postanowiłam kupić książkę i zobaczyć, co Michał Szafrański podpowie mi w sprawie moich serwisów. Nie czekałam na gotową receptę, na której będzie zapisane zrób to lub tamto, a przyniesie Ci tyle i tyle zysku. Aż tak naiwna nie jestem ;), zwłaszcza, że z doświadczenia wiem, iż działania przynoszące miliony jednym nie muszą sprawdzić się w przypadku innych przedsiębiorców. W każdym bądź razie kupiłam książkę przekonana, że jest to ciekawy poradnik. Niestety pod tym względem zawiodłam się, ponieważ okazało się, iż jest to autobiografia autora jednego z najpopularniejszych blogów w Polsce. Ja jednak bardzo lubię czytać i nie lubię marnować pieniędzy, więc postanowiłam przeczytać te kilkaset stron i zobaczyć, jak do swoich pieniędzy z bloga doszedł autor.

Moje wrażenia

Czy żałuję zakupu książki i przeczytania biografii? No cóż, nie lubię biografii ani autobiografii  i raczej unikam takich lektur, ale ta była świetna. Przede wszystkim książka jest dobrze napisana. Prosty język i nieskomplikowany przekaz sprawiają, że nawet nie wiadomo kiedy przeczytało się kolejnych 100 stron. Mnie czytanie zajęło 2 tygodnie (w międzyczasie byłam 10 dni na wakacjach, a książki nie zabierałam ze sobą ze względu na jej wagę 🙂 . Pomimo tego, że to biografia, znalazłam tam kilka przydatnych podpowiedzi dla siebie. Do mnie osobiście najbardziej trafiły informacje dotyczące newslettera – obecnie zbieram kolejnych zainteresowanych na dwóch listach i idzie mi to średnio. Dlatego też interesuje mnie każda porada jak to poprawić 🙂  . Poza tym dobrze jest dowiedzieć się, że praca nad blogiem bywa bezsensowna nie tylko dla mnie ale również dla tych, którzy zarabiają miliony. No może nie „ zupełnie” bezsensowna, ale pojawiają się chwile zwątpienia. To ważna wiadomość, ponieważ nie mam wokół siebie osób, z którymi na żywo mogłabym wymienić się takimi doświadczeniami.

Ja i Michał Szafrański – dwa różne światy, ale…

Podczas czytania książki od razu rzuciły mi się w oczy różnice między moim światem i światem Michała – zarabiającego blogera. Przede wszystkim różnią nas doświadczenia zawodowe. Wielką różnicą jest miejsce naszego zamieszkania i możliwości jakie za tym idą. Wiem, że wiele osób twierdzi, że Internet obejmuje cały świat, więc niezależnie od miejsca zamieszkania, każdy ma takie same szanse. Moim zdaniem tak nie jest, ale o tym może innym razem opowiem. Kolejną różnicą jest podejście do pieniędzy. Kwoty jakie znalazły się w cenniku Michała na początku jego blogowej drogi to dla mnie „kosmos”. 2000 zł za publikację tekstu to dla mnie kwota niewyobrażalna, nawet teraz, kiedy serwis, który prowadzę, ma 4 lata. Kolejną różnicą jest stosunek do pieniędzy oraz ich ilość. Niestety moja poduszka finansowa nigdy nie osiągnęła kilkudziesięciu tysięcy, nie mówiąc już o podjęciu ryzyka jakim jest zaciągnięcie pożyczki na 600 tys. zł, aby czuć się bezpiecznie finansowo – ale to moje prywatne poglądy i nastawienie do życia – nie lubię długów.

… skorzystam z tego co przeczytałam

Jak już wyżej pisałam po przeczytaniu książki zawiodłam się trochę jej treścią, bo oczekiwałam poradnika, a dostałam autobiografię. Nie oznacza to jednak, że nie skorzystam z tego, co przeczytałam. Znalazłam tam kilka ważnych dla mnie rzeczy. Jak pisałam właśnie walczę ze swoimi newsletterami, więc chętnie skorzystam z uwag kogoś doświadczonego. Kolejną rzeczą jest ryzyko. Jestem z natury osobą, która boi się ryzykować. Zawsze wydaje mi się, że podejmowanie ryzykownych działań może przynieść mi szkodę. Książka Michała dała mi w tej kwestii do myślenia. Może warto zaryzykować zwłaszcza, jeśli strata dla mnie nie jest wielka. Ostatecznie zaproponowanie współpracy za wyższą kwotę niekoniecznie równa się przegranej 🙂 .

Czy kupiłabym książkę jeszcze raz?

Szczerze mówiąc nie wiem. Gdyby nie moje mylne przekonanie o poradnikowej treści książki pewnie zamiast wydać kilkadziesiąt złotych poszłabym do biblioteki i skorzystała z dostępnego tam egzemplarza. Czy żałuje, że ją kupiłam – nie.  To świetna książka do czytania, pokazująca, że w Polsce też można zostać milionerem. Zarabiać można nawet na blogu 😉 . Z tej wiedzy chętnie skorzystam i postaram się także zarobić na blogu . Czy się uda – zobaczymy!

czas wolny

Majówka – czas wolny, kiedy nic nie muszę

Już bardzo dawno nie było takiej chwili, w której nie musiałabym zupełnie nic. Zawsze z tyłu głowy coś mi mówiło, że klienci czekają na teksty i nie mogę ich zawieść, że za kilka dni trzeba będzie zapłacić ZUS, albo jakieś inne rachunki i muszę na nie zarobić, że muszę jeszcze to albo tamto. A w tym roku stwierdziłam, że ja tak naprawdę nic nie muszę i to jest wspaniałe.

 

Praca na etacie – mniejszy ZUS i wolny czas

Własna firma ma sporo zalet, ale praca na etacie też nie jest zła. Od kilku miesięcy robię to, co lubię, czyli piszę teksty, ale na etacie. Ma to swoje wady, ale ma też sporo zalet. Przede wszystkim wreszcie mam wyraźne rozgraniczenie tego, co jest pracą i tego, co jest domem. W pracy myślę o wykonywanych obowiązkach, a nie o tym, żeby włączyć pranie, zrobić zakupy, ugotować obiad itd. To bardzo wygodne, ale też bardzo efektywne. Dzięki podziałowi na pracę i dom okazało się, że mam więcej czasu, wszystko jest zrobione a do tego udało mi się wygospodarować czas na pracę dodatkową – czyli prowadzenie firmy.

 

Firma poza etatem

Wiem, że wiele z Was także prowadzi własną działalność poza godzinami pracy na etacie. Pewnie niejedna zastanawia się jak to możliwe, że praca dla kogoś daje mi więcej wolnego czasu. Wiem, że to wygląda trochę dziwnie, ale w przypadku mojej działalności gospodarczej opierającej się na pisaniu i publikowaniu tekstów, praca etatowa to wybawienie. Przede wszystkim, jak już pisałam, pojawił się rozdział obowiązków zawodowych i domowych. Ponadto miejsce pracy nie pokrywa się z miejscem wykonywania obowiązków domowych, dzięki czemu zarówno jedne jak i drugie można wykonać szybciej i efektywniej. Czas, który pozostaje mi po wypełnieniu wszystkich punktów dziennego planu mogę przeznaczyć na wykonywanie zadań związanych z prowadzeniem swojej firmy. Wtedy nawiązuję nowe kontakty z reklamodawcami i klientami, wykonuję zlecenia, wystawiam faktury itd. Praca etatowa zapewnia mi podstawową pensję, dzięki czemu praca w domu staje się przyjemniejsza. Ponadto zmniejsza się również wysokość opłat, które co miesiąc obniżały mój dochód, a tym samym nie mam z tyłu głowy, że muszę zapracować co najmniej na opłacenie ZUS, księgowej, prądu czy internetu. Na niższe opłaty po prostu zawsze mi starcza.

 

Majówka – czas wolny

Praca na etacie to także możliwość korzystania z urlopu. Prowadząc własną działalność nie zawsze można sobie na to pozwolić. W moim wypadku przez niemal sześć lat prowadzenia działalności gospodarczej nie miałam możliwości odpoczynku, ponieważ zawsze było, że coś muszę. Dziś jak pisałam nie muszę nic i dlatego w tę majówkę robię tylko to, co chcę :). A w planach jest spanie do południa (akurat to pewnie nie wypali, bo jestem raczej rannym ptaszkiem), pyszny, rodzinny obiad, spacer z dziećmi, wspólne oglądanie kreskówek a może też kilka partii planszówek, które moje dzieci bardzo lubią. To wszystko mam zamiar zrobić, bo chcę a nie dlatego, że muszę.

 

Życzę Wam wszystkim tego, aby co pewien czas znaleźć chwilę, kiedy nie robi się tego co muszę a tylko to, co chcę!